Niemowlęce hity i kity, czyli na co szkoda pieniędzy

wtorek 1 sierpnia 2017
  • Niektóre dzieci bawią się w kojcu "do upadłego", ale nie wszystkie lubią takie ograniczenie wolności (fot. foter.com)
    Niektóre dzieci bawią się w kojcu "do upadłego", ale nie wszystkie lubią takie ograniczenie wolności (fot. foter.com)
Kompletując wyprawkę dla dziecka wielu rodziców niepotrzebnie kupuje rzeczy, które później okazują się zbędne, zaś zupełnie nie myśli o innych, bez których po jakimś czasie nie wyobraża sobie życia. Po roku od narodzenia syna sporządziłam moją prywatną listę niemowlęcych hitów i kitów.

Nie chcę sugerować nikomu, by nie kupował rzeczy, które u mnie się nie sprawdziły, albo natychmiast biegł do sklepu po te, którymi jestem zachwycona. Każde dziecko i każdy rodzic mają przecież inne upodobania i potrzeby. Być może jednak moja lista skłoni rodziców do przemyślanych zakupów i uchroni przed niepotrzebnym wydawaniem pieniędzy na coś, czego nie będą używać. Ja nie używałam wcale:

* podgrzewacza do butelek - dostałam go od siostry, która podgrzewała w nim większość napojów, nawet gdy jej syn miał już dwa lata. Mój syn, karmiony piersią, odciągnięty pokarm pijał z butelek sporadycznie, tylko gdy nie było mnie w domu. Mężowi nie chciało się wówczas wyciągać podgrzewacza i używał garnka z wrzątkiem. Kiedy w wieku sześciu miesięcy syn zaczął dostawać wodę, herbatę i soki, odrzucił butelkę i od tej pory pije wyłącznie z kubeczka.

* leżaczka-bujaczka - dostaliśmy po siostrzeńcu, też chętnie przez niego używany. U nas lepiej w tej roli sprawdził się fotelik samochodowy, bardziej stabilny i wygodniejszy do przenoszenia z dzieckiem w środku.

* kojca - zamiast niego planowałam używać łóżeczka turystycznego, by nie zagracać pokoju. Szybko zrezygnowałam. Smutno mi zamykać syna w „klatce”, dlatego od początku pozwalam mu bawić się w całym mieszkaniu. Usunęłam tylko z jego zasięgu niebezpieczne przedmioty i zamknęłam pomieszczenia, do których nie powinien wchodzić.

Jest też kilka rzeczy, o których zakupie nawet bym nie pomyślała, ale biję pokłony osobom, które podarowały je mojemu synowi. Są to:

* mata edukacyjna - nie sądziłam, że noworodek potrzebuje zabawek. Tymczasem już dwumiesięczny malec próbował sięgnąć dyndających mu nad głową zabawek. Gdy rósł, mata „rosła” wraz z nim i przez wiele miesięcy zachwycała nowymi odkryciami: lusterkami, szeleszczakami, dzwoneczkami, pomagając odkrywać świat i zabijając nudę, gdy mały zaczynał marudzić

* jeździk - syn dostał go w wieku 11 miesięcy i od razu pokochał. Nie sięga jeszcze nogami ziemi, więc trzeba go wozić, ale za to uwielbia z maszerować, pchając jeździk przed sobą. Z jego pomocą nauczył się chodzić. Ta zabawka na pewno nieprędko pójdzie w kąt - widzę, jak podoba się trzylatkom, którzy nas odwiedzają. Wiosną będziemy mogli zabierać go też na spacery.

A wy jakie rzeczy zaliczylibyście do swojego niezbędnika? W jakich zakupach niepotrzebnie utopiliście pieniądze?

Kategoria: Felietony