Oczyszczacze powietrza nie chronią dzieci?

czwartek 1 marca 2018
  • Okazuje się, że oczyszczacze powietrza wcale nie chronią dzieci przed smogiem (fot. pixabay)
    Okazuje się, że oczyszczacze powietrza wcale nie chronią dzieci przed smogiem (fot. pixabay)
Chcąc chronić dzieci przed negatywnym wpływem smogu, władze kolejnych miast zaopatrują żłobki i przedszkola w oczyszczacze powietrza. Tymczasem ekspert, który zarabia na promocji tych urządzeń, przestrzega, że na zakupie oczyszczaczy do takich placówek zyskują politycy, producenci i dystrybutorzy. Tracą dzieci, które są tylko pozornie bezpieczne.
Oczyszczacze powietrza pojawiły się już m.in. w żłobkach w Sosnowcu, Dąbrowie Górniczej, Będzinie, Czeladzi i Wojkowicach. O takich urządzeniach w placówkach swoich dzieci - nie tylko w żłobkach, ale i w przedszkolach - marzą również rodzice z innych miast. Wnioskują o nie do władz miejskich, walczą o pieniądze w ramach budżetów obywatelskich lub zgłaszają placówki do konkursów, w których można wygrać oczyszczacze.
 
 
Mniej niż 20 proc. skuteczności
 
Kiedy na portalu SilesiaDzieci.pl opisaliśmy to zjawisko, do redakcji odezwał się Łukasz Rajzer z Bielska-Białej, współtwórca serwisu ranking-oczyszczaczy.pl, który zarabia na polecaniu urządzeń, najbardziej odpowiadających potrzebom klientów. „Niestety większość oczyszczaczy wstawianych do żłobków i przedszkoli nie zmniejszy zanieczyszczeń nawet o 20 proc.” - skomentował Rajzer i zaprosił do lektury swojego artykułu, w którym rozprawia się z mitem o skuteczności oczyszczaczy w żłobkach i przedszkolach. Przyznaje w nim, że sprzedaż oczyszczaczy powietrza do przedszkoli, żłobków i szkół postrzegał jako biznesową szansę. - Teraz uważam, że większość pieniędzy przeznaczona na zakup oczyszczaczy powietrza do takich miejsc jest wyrzucana w błoto. Zyskują politycy, producenci i dystrybutorzy. Tracą rodzice i ich dzieci, które są tylko pozornie bezpieczne - mówi Rajzer.
 
Za dużo dzieci, zbyt duże sale
 
Sam jest ojcem dziesięcioletniej Mai, dlatego kiedy w radio posłuchał rozmowy z prof. Arturem Badydą z Politechniki Warszawskiej, który twierdził, że na rynku nie ma oczyszczaczy nadających się dla placówek edukacyjnych, postanowił zbadać temat. Wziął pod uwagę liczbę dzieci w grupie przedszkolnej, która, zgodnie z przepisami, nie powinna przekraczać 25, a także wielkość sali przedszkolnej, określoną przez rozporządzenie minister edukacji narodowej. Obliczył też, ile powietrza napływać będzie z zewnątrz, za pośrednictwem wentylacji. Na koniec sprawdził, jaki jest dopuszczalny hałas w salach przedszkolnych, który nie może przekraczać 35dB. I obliczył, że rzeczywiście nie ma na rynku oczyszczacza, który spełniałby wszystkie niezbędne warunki. - Najwydajniejsze urządzenia dostępne na rynku generują hałas na poziomie 60dB, a i tak są w stanie chronić dzieci w salach o powierzchni zaledwie 40 m2 i stężeniach zanieczyszczeń bliskich normie - podkreśla Rajzer.  Jego zdaniem, aby zapewnić dzieciom ochronę, do jednej sali należałoby kupić od 3 do 8 oczyszczaczy, a najlepiej - dwa razy więcej.
 
Bez ustaw antysmogowych ani rusz

Zdaniem Rajzera nie znaczy to, że nie należy kupować oczyszczaczy do przedszkoli, ale lepiej kupić trzy tańsze z filtrem HEPA i filtrem węglowym niż jeden z górnej półki, wyposażony w dodatkowe „bajery”. Nie należy też łudzić się, że to cudowne rozwiązanie. - Cieszę się, że dzieci mają lub będą miały powietrze czystsze o 1 a może nawet 10-15 proc. To zawsze coś. Cieszę się też, bo oczyszczacze powietrza w przedszkolach promują kategorię, która napędza ruch antysmogowy. Ten wywiera nacisk na polityków. Dzięki temu mamy szanse na szybsze decyzje w sprawach, które już dawno można było rozwiązać ustawowo, a które mogą przyczynić się do lepszej jakości powietrza w Polsce - mówi Rajzer.

Kategoria: Wiadomości