Nauka w domu to wyzwanie. Ważna jest strategia, jak w firmie

wtorek 14 kwietnia 2020
  • Im więcej sposobów wykorzystamy w nauce (rysunki, opowiadania, tworzenie pytań itp.) tym większa jest szansa na utrwalenie materiału (fot. pixabay)
    Im więcej sposobów wykorzystamy w nauce (rysunki, opowiadania, tworzenie pytań itp.) tym większa jest szansa na utrwalenie materiału (fot. pixabay)
W przeciągu ostatnich kilku tygodni cały proces edukacji został wywrócony do góry nogami. Teraz to na rodzicach spoczywa obowiązek nauczania dzieci. A sposób organizacji i motywacji do nauki spędza im sen z powiek. Zobaczcie, co w tej sytuacji radzi Jolanta Wiśniewska, edukator domowy.

Są sposoby na usprawnienie całego procesu domowego nauczania. Ważne są odpowiednie nawyki, uświadamianie rodziców i dzieci, wzmacnianie i dobra organizacja. Brzmi trochę jak strategia zarządzania firmą, ale w istocie tak jest. Proces uczenia to coś więcej, niż książki i wkuwanie. O tym, jak zrobić to skutecznie, bez lęku i stresu każdej ze stron, rozmawiają:

Jolanta Wiśniewska (JW) - mama 2 córek i 2 synów, edukator domowy, trener kursów dla młodzieży; z pasją odkrywa klucz do edukacji inaczej, były nauczyciel. Prowadzi profil Wjolinowo – dzieli się tam wskazówkami w zakresie nauczania domowego, prezentuje przykłady kreatywnych metod uczenia się.

Ewa Bensz-Smagała (EBS) – psycholog dziecięcy, terapeuta, trener technik pamięciowych. Właścicielka szkoły efektywnej nauki Lucky Mind.

Ewa Bensz-Smagała: Jak wspominasz początki nauczania domowego – co dla Ciebie jako rodzica
i nauczyciela było najtrudniejsze?

Jolanta Wiśniewska: Decyzja o edukacji domowej najstarszej córki była bardzo świadoma i dobrze przemyślana. Wiedzieliśmy, co nam się nie podoba w systemie szkolnym i dlaczego z niego rezygnujemy. Wchodziliśmy zatem w formę nauki w domu z entuzjazmem i z nastawieniem przeżycia czegoś pozytywnego, wręcz jakiejś przygody. Na początku było odkrywanie, że tematy czy zagadnienia można zrobić szybciej, ciekawej i kreatywniej niż w szkole. To też potwierdzało nasze obserwacje, że sposób przekazywania wiadomości w szkole pozostawia wiele do życzenia. Przyznaję, że potrzebowaliśmy czasu, żeby nauczyć się, jak się uczyć. Zaczynaliśmy tak naprawdę od zrobienia szkoły w domu i etapami dochodziliśmy do wniosków, że to nie tak powinno wyglądać. Z pewnością w pierwszym semestrze (córka przeszła do edukacji domowej w połowie roku szkolnego) mieliśmy też obawy, jak będą wyglądały egzaminy. Mogę więc stwierdzić, że jako rodzic nie doświadczałam wtedy wielu trudności. Oceniam ten czas raczej jako szansę rozwoju swoich dzieci, ale i siebie. Natomiast pełnienie roli nauczyciela wymagało ode mnie dużej przemiany w myśleniu. Potrzebowałam przejść „odszkolnienie”, żeby nauczyć się pójść za potrzebami dziecka, na drugim planie umieścić podstawę programową, a na jeszcze dalszym oceny.

EBS: To chyba dobry punkt wyjścia – zmiana sposoby myślenia, zamiast próba zmiany zachowania i nastawienia dziecka. Patrząc na obecne trudności zarówno rodziców jak i nauczycieli, zauważamy tutaj poważny problem. Szkoła zamyka w pewnych schematach – jest to wypadkowa wielu różnych czynników; podstawy programowej, procedur, przyzwyczajeń. Zmiana jest konieczna – obecnie widzi to już każda ze stron. Takie podejście jak Twoje, być może zainspiruje rodziców i nauczycieli do tego „odszkolnienia”.

EBS: W jaki sposób rozwijałaś u swoich dzieci samodzielność w nauce – czy możesz podpowiedzieć naszym czytelnikom kilka sprawdzonych rozwiązań?

JW: Dużym ułatwieniem nauki w moim domu jest to, że dzieciaki uwielbiają czytać. Również podręczniki :) Nie potrzebuję więc siedzieć i objaśniać poszczególnych tematów. Szybko jednak odkryliśmy, że samo czytanie, to nie jest uczenie i że w głowie nie zostaje wiele. Intuicyjnie doszłam do tego, że z danego zakresu materiału, np. 3 lekcje historii czy dział z geografii czy biologii, powinien zostać jakiś ślad. Może to być najprostsza notatka, mapa myśli, prezentacja, gra, wywiad, komiks, plansza typu lapbook czy nawet budowla z klocków LEGO. Wystarczyło pokazać różne możliwości, coś podpowiedzieć i dzieci z chęcią tworzyły swoje prace. Poświęcam czas, aby popracować nad nauką tworzenia notatek, szczególnie przy przejściu na etap od kl. 4 lub gdy pojawia się nowy przedmiot. Uczymy się wtedy razem jak pracować z tekstem, jak wyszukiwać fakty i analizować, co z nich wynika. Główne założenia przy notatkach są takie, żeby nie przepisywać podręcznika (to nie ta epoka), kolejne, aby użyć jak najmniejszej ilości słów, aby przekazać myśl oraz by budować skojarzenia tworząc obrazki czy ikonki. Nasz mózg łatwiej zapamiętuje obrazy niż słowa i przykładowo mapy myśli znacznie ułatwiają i przyśpieszają naukę. Tworzymy więc każdy swoją notatkę i po paru razach zachęcam córki czy syna do samodzielnego działania. Nie jestem w stanie fizycznie uczyć się wszystkiego z każdym dzieckiem, więc naturalne jest to, że dużo pracują samodzielnie. Jak staram się podpowiedzieć, jak to zrobić lub tworzę pomoce, gdy wiem, że takich potrzebują, np. do nauki języka.

EBS: Twoje spostrzeżenia są bardzo ciekawe, myślę, że nauczyciele i rodzice mogą zainspirować się szczególnie tym „pozostawieniem śladu”. Jako trenerzy technik pamięciowych też to wiemy i widzimy, że samo czytanie materiałów nie zapisuje tych informacji trwale. Głębokość przetwarzania informacji jest tutaj niezmiernie istotna. Im więcej sposobów wykorzystamy w nauce (rysunki, opowiadania, tworzenie pytań itp.) tym większa jest szansa na utrwalenie materiału.

EBS: Wielu rodziców pomaga swoim dzieciom w nauce do późnych lat, nawet w VI – VII klasie. Dziecko nie czuje odpowiedzialności za swoje zadania. Z punktu widzenia psychologa prowadzi to do wielu trudności w samodzielnej pracy, np. do wyuczonej bezradności. Jak to zmienić? Rodzice często pytają o metodę – diametralne przerwanie i pozostawienie dziecka w pełnej samodzielności, czy stopniowe „odczulanie”?

JW: Nauka jest jednym z obszarów, w którym powinniśmy uczyć dzieci odpowiedzialności i samodzielności. Dlatego rodzic powinien postawić sobie pytanie, jak i na ile prowadzi swoje dziecko do dojrzałej postawy życiowej, czy daje wędkę, czy rybę. Nauka to nie tylko zagadnienia typowo szkolne. Maluch potrzebuje nabić sobie guza ucząc się chodzić, uczeń potrzebuje przynieść słabszą ocenę czy ponieść konsekwencje niepamiętania np. o stroju na WF. Warto rozmawiać i wspólnie zastanawiać się z dzieckiem, jak uniknąć pewnych sytuacji w przyszłości. Może wystarczy plansza do zapisywania zadanych prac w pokoju dziecka czy na lodówce lub wprowadzenie nawyku pakowania plecaka wieczorem. W jaki sposób wprowadzić samodzielność – może to zależeć od dziecka, np. od jego wieku. Choć jestem bliższa pójściu w kierunku metody „małych kroków”. Radykalne cięcie to sytuacja tak, jakby młodego człowieka wożonego zawsze na tylnym siedzeniu posadzić nagle za kierownicą i kazać wyjechać na trzypasmową autostradę. Wprowadzanie nawyków, budowanie poczucia, że radzę sobie w jednym obszarze, np. pamiętam o systematycznej nauce słówek, spowoduje, że z większą ochotą osoba będzie pracować nad kolejnym etapem samodzielnej nauki. Z pewnością komunikaty JA doceniające, że syn czy córka wykazuje się odpowiedzialnością to dobra droga. Moje doświadczenie jest też takie, że szkoła nie uczy samodzielności ani odpowiedzialności. Najstarsza córka wróciła na czas 7 i 8 klasy do szkoły i byłam zdumiona, że wychowawca przesyła sms przypominający, że 15-letni uczeń ma pamiętać o przyjściu na inną godzinę czy pieniądzach na wycieczkę.

EBS: Samodzielność to faktycznie trudny temat, wraca też do nas – trenerów efektywnej nauki – jak bumerang. Podkreślę jeszcze raz to, co powiedziałaś, aby zwrócić uwagę naszych czytelników: dzieci muszą uczyć się też na własnych błędach i nie możemy tego zadania zostawiać szkole. Pamiętam bardzo dobrze zajęcia z jedną z naszych młodszych kursantek, która uczyła się z nami czytać i pisać. Jednym z dodatkowych zadań przygotowujących do szkoły było pisanie literek po śladzie. Za każdym razem, kiedy dziewczynka zrobiła błąd; np. wyjechała za linię lub literka była mniejsza, mama gumowała jej całą linijkę i kazała rozpoczynać ćwiczenie od początku. Pomijając już samo zmęczenie i stres dziecka, zamazywanie błędów powodowało, że nasza uczennica nie miała szans zaobserwować postępów – a przecież to często jest największym motywatorem.

EBS: Jak w praktyce wygląda domowa pomoc w nauce – czy stosujesz jakiś harmonogram, planujesz czas nauki dzieci?

JW: Jak wspomniałam, zaczynaliśmy od zrobienia szkoły w domu z typowym planem lekcji. Od dłuższego czasu dobrze sprawdza się u nas plan tygodniowy. Na wcześniejszym etapie (kl. 2, 4 i 6) przygotowywałam temat tygodnia i zakres materiału dla każdego dziecka. Obecnie wspólnie tworzymy harmonogram. Zwykle w niedzielę wieczorem siadam z każdym z dzieci i wiedząc, czy przed nami jest typowy tydzień, czy np. są jakieś wyjazdy, ustalamy ilość materiału i to, nad czym będą pracować. Wyodrębniamy logiczne partie z wybranych przedmiotów i od razu zastanawiamy się, w jaki sposób opracować dane zagadnienie i na co poświęcić więcej czasu. Moją rolą jest dbanie o rozkład przedmiotów w ciągu całego roku szkolnego. Weszliśmy w etap liceum, córka ma 13 przedmiotów do zaliczenia, więc organizacja pracy w starszych klasach pozwala na świadome podejście do nauki i odpowiedzialne rozplanowanie terminów egzaminów. Różnie to wygląda z czasem nauki w ciągu dnia. Ja wolałabym, żeby moje dzieci zmobilizowały się, zajęły nauką od rana i miały popołudnia dla siebie. Ale to tak nie działa. Po wspólnym śniadaniu jest czas nauki, później wyjście do ogrodu w południe, kolejne godziny pracy po południu czy wieczorem. Konkretna nauka przeplatana jest czytaniem książek, budowaniem z klocków, zabawami z młodszym bratem czy domowymi obowiązkami. Od nastawienia i mobilizacji dziecka zależy w jakim czasie zmierzy się ze swoim tygodniowym planem. Często najlepszą porą nauki jest piątek wieczór, jak przystało na statystycznych Polaków. :)

EBS: Cieszę się, że obraz uczenia Twoich dzieci nie jest tak idealny, myślę że większość rodziców odetchnie z ulgą. Z drugiej strony, takie przeplatanie nauki i zabawy też jest zdrowym podejściem – najmniej efektywne są długie sesje, podczas których dziecko stara się przez kilka godzin, w stresie i pośpiechu opanować jakiś materiał. To jednak nie działa, daje jedynie złudzenie intensywnego wysiłku i chwilową satysfakcję.

EBS: Czy możesz opisać, jak według Ciebie wygląda motywacja dzieci w nauczaniu domowym? Czy uczą się chętnie? W jaki sposób wzmacniasz je lub wynagradzasz za samodzielną naukę?

JW: Motywacja to nie jest prosty temat i wciąż go przepracowujemy ;) Na pewno nie działa metoda kija i marchewki. Tzn. na dzieci nie działa, tylko na mnie, rodzica, i w dodatku zdecydowanie negatywnie. Szukanie motywacji wewnętrznej, kiedy pociecha sama z siebie ma ochotę podziałać mniej lub bardziej kreatywnie – to jest odpowiednia droga. Więc na pewno to, że w edukacji domowej jest przestrzeń do opracowywania materiału czy uczenia się w przyjazny dla danej osoby sposób stanowi pewne ułatwienie czy zachętę. Ale jest i praca nad nawykami, bo naturalne jest, że pewne przedmioty budzą większe zainteresowanie, inne mniejsze. Od niedawna odkrywam, że warto dać dziecku czas na przepracowanie czegoś, zanim usiądzie i faktycznie zajmie się konkretnym materiałem. Nie nagradzamy dzieci za naukę, wzrastają w świadomości, że uczą się dla siebie, a nie dla rodzica, bądź oceny na świadectwo. Rodzinnie świętujemy zakończony rok czy czasami zdane egzaminy. Moje dzieci weszły w nastoletni wiek, więc to nie jest czas na dawanie słoneczek i chmurek. Pokazujemy i rozmawiamy, że np. twoje decyzje i mniej pracy w danym tygodniu skutkują na kolejny tydzień lub na pominięte tematy.

EBS: Bardzo ci dziękuję za rozmowę. Myślę, że wiele twoich doświadczeń i wniosków może posłużyć jako inspiracja. Nie tylko w czasie izolacji i nauczania domowego, ale również kształtowania u dzieci postaw odpowiedzialności i samodzielności. Wszystkim naszym czytelnikom życzymy powodzenia!

Kategoria: Porady ekspertów